http://aczyzycka.wikidot.com/opowiadanie
EGZAMIN ÓSMOKLASISTY
Bez ciebie nie poradziłbym/poradziłabym sobie w tej sytuacji… Napisz opowiadanie o przygodzie z bohaterem wybranej lektury obowiązkowej, którego pomoc sprawiła, że Wasza przygoda zakończyła się szczęśliwie. Wypracowanie powinno dowodzić, że dobrze znasz wybraną lekturę obowiązkową.
Bez ciebie nie poradziłbym sobie w tej sytuacji…
To miała być rutynowa akcja – tylko tyle powtarzałem sobie, ściskając w dłoni mały, metalowy ładunek. Naszym zadaniem było zniszczenie niemieckiej tablicy propagandowej przy Alei Szucha. Byłem tylko łącznikiem, miałem przekazać sygnał i obserwować okolicę. Ale tej nocy nic nie poszło zgodnie z planem.
Był marzec 1943 roku. Warszawa spała przytłoczona cieniem okupanta. Ulice były puste, ale nie spokojne – każdy krok odbijał się echem strachu od murów zrujnowanych kamienic. Stałem oparty o mur, kiedy kątem oka dostrzegłem ruch. Dwie sylwetki – nie, trzy – zbliżały się od strony Alei Ujazdowskich. Niemcy. Patrol. Za wcześnie. Zdecydowanie za wcześnie.
Zamarłem. Wtedy właśnie z ciemności wysunęła się postać. Miał rude włosy, szare oczy i spojrzenie, które potrafiło jednocześnie uspokoić i rozkazać. Jan Bytnar, Rudy – członek Grup Szturmowych, przyjaciel Alka i Zośki. Nie spodziewałem się go tutaj.
– Zmieniamy pozycję – powiedział cicho. – Patrol idzie z przeciwnej strony, musimy przejść przez dziedziniec szkoły. Pokażę ci drogę.
Nie zadawałem pytań. Rudy nie był typem, który potrzebował uzasadniać swoje decyzje. Był cichy, ale niepokonany, zawsze gotów do działania – jak wtedy, gdy zdejmował niemieckie flagi czy podkładał ładunki pod niemieckie transporty kolejowe. Albo gdy narysował znak Polski walczącej na Pomniku Lotnika, narażając się na aresztowanie.
Przemknęliśmy przez bramę, przeskoczyliśmy mur. Serce waliło mi jak młot, nogi miałem z waty. „Tylko się nie przewróć, nie zrób hałasu” – powtarzałem sobie.
Za nami rozległ się okrzyk:
– Halt!
Rudy pchnął mnie za niski mur i sam skoczył w inną stronę. Usłyszałem strzał. Chwilę później znalazł się obok mnie, z brudem na twarzy i drobną ranką na ramieniu.
– Nic mi nie jest – szepnął. – Musimy ich zgubić.
Prowadził mnie przez labirynt podwórek, aż w końcu dotarliśmy do bezpiecznej kamienicy. W mroku zauważyłem plakat z napisem „Tylko świnie siedzą w kinie”. Jeden z naszych. Zrozumiałem, że jesteśmy blisko kryjówki.
– Dobrze się spisałeś – powiedział, oddychając głęboko. – Ale pamiętaj: strach to nie wstyd. Wstyd to zostawić przyjaciela.
Patrzyłem na niego z podziwem. Wiedziałem, że żyje z poczuciem obowiązku – nie dla własnej chwały, ale dla ludzi. Dla wolności. Dla ideałów, które nosił w sobie głęboko, choć nigdy się nimi nie przechwalał.
Długo siedzieliśmy w ciemnym pokoju. Rudy opowiadał mi o szkole, o planach, o tym, jak z Zośką i Alkiem grali na nosie Niemcom. Zwykłe chłopaki z harcerskiej drużyny, którzy dorośli za szybko.
Potem wróciłem do domu. Ale nocą nie mogłem zasnąć. Ciągle widziałem jego twarz – spokojną, skupioną.
Bez ciebie nie poradziłbym sobie w tej sytuacji – to nie była tylko myśl. To była prawda. Bez niego nie wyszedłbym z tej akcji żywy. Ale ważniejsze było to, że bez niego nie zrozumiałbym, co znaczy prawdziwa odwaga.
I do dziś, gdy staję w obliczu trudnych decyzji, słyszę jego głos:
– Nie bój się. Ale nie idź sam.
Napisz opowiadanie o Twoim spotkaniu z bohaterem wybranej lektury obowiązkowej. Wasza wspólna przygoda przekonała Cię, że dobrze jest działać razem w imię słusznej sprawy. Wypracowanie powinno dowodzić, że znasz wybraną lekturę obowiązkową.
„Spotkanie przez czas”
Nie wiem, jak to się stało. Może to sen, może jakaś magia historii, ale wszystko zaczęło się w szkolnej bibliotece. Przeglądałem „Syzyfowe prace”, które mieliśmy omawiać na języku polskim. Książka była stara, pożółkła, pachniała kurzem i… czymś więcej. Gdy tylko dotknąłem okładki, świat zawirował.
Znalazłem się w wąskim, ciemnym korytarzu. Uczniowie w granatowych mundurkach mijali mnie w pośpiechu, nikt nie zwracał uwagi. Wyszedłem na korytarz, a nad drzwiami przeczytałem: „Gimnazjum w Klerykowie”.
Zamarłem.
– Zgubiłeś się? – zapytał ktoś za moimi plecami.
Odwróciłem się i zobaczyłem chłopaka w moim wieku. Miał ciemne włosy, bystre oczy i spojrzenie kogoś, kto już dużo przeszedł.
– Jestem Marcin. Marcin Borowicz – dodał, wyciągając rękę.
Zamurowało mnie. Czytałem o nim. On… nie powinien tu być. A jednak stał tuż przede mną, żywy, prawdziwy. Opowiedziałem mu szybko, że pochodzę z przyszłości i że czytam o nim w książce. Uśmiechnął się tylko.
– Skoro tak, to może pomożesz nam dziś po południu?
– W czym?
– Trzeba wynieść książki z naszej tajnej biblioteki. Władze planują rewizję. Jeśli je znajdą – koniec z nami.
Chwilę później biegliśmy wąską uliczką Klerykowa do starej stolarni. Po drodze Marcin opowiadał mi o Tadeuszu Zygierze, który niedawno recytował „Redutę Ordona” w klasie, i o tym, jak bardzo to zmieniło ich wszystkich. Sam był jeszcze niepewny, ale coś się w nim budziło. Wiedział, że nie może już dłużej udawać posłusznego ucznia rosyjskiego imperium.
Weszliśmy do stolarni. W zakurzonej skrzyni leżały egzemplarze Mickiewicza, Słowackiego… prawdziwe skarby.
– To nasz oręż – powiedział Marcin. – Nie pistolety, nie karabiny. Słowa.
W milczeniu pakowaliśmy książki do worków. Nagle usłyszeliśmy kroki. Majewski!!!! Marcin chwycił mnie za rękę i pociągnął do tylnych drzwi. Wypadliśmy na podwórze i wbiegliśmy w zaułek. Serce waliło mi jak młot.
– Tam! – krzyknął ktoś za nami.
Wpadliśmy do jakiegoś ogrodu i ukryliśmy się za krzewem bzu. Czekaliśmy bez tchu.
– Myślisz, że nas widzieli? – wyszeptałem.
– Może. Ale nie cofnę się – odpowiedział cicho Marcin. – Nawet jeśli mnie złapią.
W tamtym momencie zrozumiałem, że jestem świadkiem czegoś większego niż tylko szkolna przygoda. Byłem z kimś, kto powoli stawał się bohaterem. I ja też mogłem działać.
Gdy Majewski odszedł, wynieśliśmy książki do bezpiecznego domu pani Przepiórkowskiej – starej wdowy, która pomagała chłopcom z gimnazjum. Gdy zamknęła za nami drzwi, Marcin usiadł i spojrzał na mnie poważnie.
– Dziękuję ci. Sam bym sobie nie poradził. Ale razem… razem można więcej.
Chciałem coś powiedzieć, ale nie zdążyłem. Świat zawirował, a ja znów stałem w szkolnej bibliotece, trzymając Syzyfowe prace w dłoni.
Patrzyłem na okładkę i wiedziałem już na pewno:
działanie w imię słusznej sprawy ma sens – ale tylko wtedy, gdy nie jesteś sam.
Komentarze
Prześlij komentarz